RSS
wtorek, 07 listopada 2017

Pamiętacie, jak napisałom, że nie ważne jak bardzo coś spsujesz - można być pewnym, że klient spsuje to po dziesięciokroć bardziej?

Otóż teraz jestem takim klientem. Przebóg, sponsorem!

Koniec z pośredniczeniem między klientem a podwykonawcą.

Od kilku miesięcy pracuję dla firmy, która nie odróżnia karwedilolu od alprazolamu, if you know what I mean. Ale powiem wam, że ten karwedilol dla mnie miał zawsze nieco podejrzaną nazwę.

Z kamieniołomu trafiłam do Ciechocinka. A tryby Ciechocinka mielą powoli. Procedury, procedury, approvale. Podpisanie w pełni zatwierdzonego kontaktu trwa miesiące zamiast, jak niegdyś, minut. Kuracjusze Ciechocinka są uśmiechnięci i rzadko się spieszą. Mi wciąż zdarza się biegać jak nakręcona zabawka-mysz.

Otaczają mnie ludzie, którzy wiedzą więcej niż ja, co w kamieniolomie nie było takie oczywiste (ewenualnie eksperci byli na drugiej półkuli i olewali moje maile).

Knuję i przeprowadzam eksperymenty na ludziach - za pośrednictwem klawiatury laptoka. Ale zdarzyło się też spojrzeć przedmiotom badania w oczy. Jak dotąd nikomu nie stała się krzywda (wyłączając łagodne wymioty - ale z jakim pożytkiem dla ludzkości!).

Zapominam ojczystą mowę. Wypluwam zdania pojednycze. Pozdrawiuję.

Tagi: po fachu
20:13, olde.vixen
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 grudnia 2016
czwartek, 01 grudnia 2016
wtorek, 29 listopada 2016

Żeby nie było tu za nudno, wrzucam kilka rychliczo-aptecznych komiksów. Na początek coś czerstwego, tytułem wprowadzenia. Warto zauważyć, że wszystkie przedstawione sytuacje wydarzyły się naprawdę - chociaż w języku rodzimym.

 

 

 

Tagi: po fachu
18:46, olde.vixen
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nie może być!

Od czasu, kiedy wdrożyłam się w obecną robotę, nie było chwili, abym wpatrywała się znudzona w zegarek. Co więcej, nie zdarzyło się, abym leniwie wyjrzała przez okno, czy spokojnym krokiem przemierzała dystans między zlewem a biurkiem. Ze wstydem wyznam, że kilka razy zdarzyło się przysiedzieć 9,5h i ledwo zauważyć, że to aż tyle.

Po ponad 1,5 roku nastał jednak nieoczekiwany dzień.

Dzisiaj święto w sporej części Europy oraz w Indiach (tam to dzień niepodległości). Tylko Chiny pracują. A że 2/3 moich chińskich problemów jest w tej chwili ogarniane przez osoby, które poleciały przeprowadzić pewne zadania na miejscu w klientowym łorkszopie, nastała dla mnie plaża porównywalna z deszczowym listopadowym porankiem w małej osiedlowej aptece.

Z zaległościami już się rozprawiłam w minionym tygodniu, kiedy to sezon ogórkowy stał się odczuwalny.

I tego.

Jesteście ciekawe, niebożęta, czym Rychlę się w ogóle zajmuje?
Przedstawiając sprawy w najczarniejszych barwach, 90% czasu spędzam w transie przepychając emaile od jednej do drugiej osoby.

Z punktu widzenia nieco bardziej radosnego, moim głównym chomątem sa projekty, których celem jest stworzenie leku generycznego. Wiadomo, jak bardzo przeciętna apteka jest spragniona nowych generyków. Cóż. Może z czasem na mojej tapecie pojawią się odpowiedniki leków, których patenty są ciągle w mocy.

Rychlę uczy się o rozmaitych sprawach, od formulacji przez badania kliniczne i GMP, po rejestracyjne bzdety. Z reguły codzienne zmagania dotyczą detali na poziomie mułu - na tę przykład ściąganie leku referencyjnego do CRO w odpowiednim momencie, w akceptowalnej cenie, bez problemów z cłem i z kompletem dokumentów (tjaaa).

Sprawy są raczej bardziej niż mniej związane z farmaceucim fachem (chociaż na studiach poświęcono im około minuty, a i to głównie na przemysłowej tzw specjalności). Nie zaszkodziłoby mieć czasem obok siebie na biurku najnowsze wydanie Farmakopei Europejskiej. Czasem Rychlę dostarcza sobie nieprzyzwoitych rozrywek czytając dla przyjemności europejski guideline odnośnie badań biorównoważności. Nieprzyzwoitych, bo to raczej po godzinach - bo 'w godzinach' na takie fanaberie czasu zazwyczaj nie ma.

Po eonie zadawania durnowatych pytań ekspertom, Rychlę wykształciło zrozumienie, co się dzieje i po co, a do tego miarę znośny poziom pewności siebie, który pozwala od czasu do czasu zrobić coś bez pytania. W aptece jakoś szybciej osiągnęłam ten stan. Jednak, precz złudzenia! Myślało Rychlę, że robiąc tę samą rzecz po raz trzeci, jest już gotowe na wszystko. A tu niezmiennie, co dzień, to zaskoczenie.

Mój drugi kamieniołom to dwadzieścia klika audytów do zorganizowania w rozmaitych krajach świata do końca roku. Bardziej administracyjna orka. W grę wchodzi ustalenie dat, przeszkolenie - wewnętrzne i audytora, wyssanie dokumentacji od audytowaniego, wizy, loty-sroty, hotele, tłumaczenia, raporty, ich recenzje, rewizje, zwrot kosztów, raportowanie postępów, pilnowanie budżetu etc. Razy dwadzieścia, plus dodatkowe atrakcje związane z państwowymi kryzysami, przewrotami, bombami na lotniskach, ludźmi nie przyjmujących do wiadomości rzeczy, które powtórzyło im się trzy razy i nie respektującymi terminów, które sami ustalili. I tak dalej. Zabawa całkiem fajna, kontroler lotów w slow motion. Kataklizmy są jej naturalną częścią :P

Do tego kilka innych, bardziej typowych projektów, jakieś tą proszę was rejestracje i procedury europejskie.

Teraz tylko cedować większość obowiązków na małych terminatorów, którzy się powoli wdrażają do moich większych projektów, a może któregoś dnia uda mi się ponownie odchylić się w fotelu i utrzymać stan relaksu jak najdłużej.

Jednak dobrze, że mnie na tę recepcjonistkę do kliniki chirurgii oczu nie wzięli :P 

15:33, olde.vixen
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 lutego 2016

Komentator zapłakał, że cisza na blogu.

Dlaczego tylko kurz cicho prószy?

Apteka generowała frustracje dużo bardziej blogo-kompatybilne niż moje obecne zajęcie. Nic tak nie pomagało na rodzime absurdy, jak natychmiastowe wysłanie strumienia jadu na Bzdurza. A teraz historyjek absurdalno-profesjonalnych mniej, a na dodatek są osadzone w kontekście nieco bardziej skomplikowanym niż przaśna polska apteka. Na domiar złego - czasu niedostatek, a wszystko w domu i w robocie dzieje się w językach niepolskich. Węc albo zarzucę cytatem źródłowym i pogwałcę blogaska niepolszczyzną, albo bedą pokraczne tłumaczenia.

Dość wymówek - oto historyjka z pracy.

Projekt polega na tym, że mamy wysłać trenera-instruktora do Chin, aby głodnych wiedzy Chińczyków wyedukował z zakresu GMP. Cena projektu dosyć wysoka, żeby nie powiedzieć zawyżona, relacje z klientem dobre, skrzętnie wypracowywane przez ostatnie 2 lata.

Trener za pośrednikiem indyjsko-brytyjskiego pośrednika był zwerbowany z Indii. Nadajmy obu panom imiona. Trener - Pan VK, pośrednik - Pan Bunny. (Zaznaczę, że Pan Bunny dał mi się wcześniej poznać jako opisujący zaistaniałe trudne sytuacje z wielkim dramatyzmem, do stopnia, który pozwala wątpić, czy sprawy wyglądały aby na pewno tak, jak zostały przez niego przedstawione.)

Praca nad projektem zaczęła się jedynie dwa tygodnie przed planowana datą pierwszego treningu. Przez jakieś 1,5 tyg trwało ustalanie jakimi lotami pan VK przeleci z Indii do Chin i z powrotem:
Pan VK wybrzydza że ten lot nie i tamten nie, i czy sa jakies inne opcje, a w ogóle to on chciałby przylecieć dzień wczesniej, a po treningu jeszcze na kilka dni sobie zostać na zwiedzanie. Pfuh! Z każdym dniem lotów coraz mniej do wyboru i coraz ^#$%^wsze. Jak już pan VK jakąś opcję zaakceptował, to jeszcze chiński klient musiał to klepnąć. A mieli akurat wakacje w Chinach - więc wydzwanianie i poganianie. Kiedy przyszła zgoda, połączeń już nie było. I heja od początku: uzgadnianie z trenerem - znalazły się jakies znośne loty, które były oferowane tylko i wyłącznie przez jeden indyjski portal do wyszukiwania połączeń. I znowu do klienta. Jest zgoda. Ale cena wzrosła. Ale nie tak strasznie, więc olać.
Tym sposobem bilety udało się kupić w, powiedzmy, wtorek. A w pt wieczór trener powinien wylatywać.

WTEM! Środa rano, email od VK do Bunny'ego (tak się składa, że byłam w kopii maila). Przywołuję luźno z pamięci:

"Ze względu na obawę o swoje zdrowie, nie polecę do Chin. Nie mogę odbywac długich podróży ponad 20h, lot w jedną stronę ponad 24h może zagrażac mojemu życiu. Prosze się ze mą więcej nie kontaktować w sprawie tego treningu and żadnych innych."

Bunny do nas i do swojego przełożonego:

"Pan VK z powodu bólu w klatce piersiowej musiał udać się do szpitala w trybie pilnym. Po uzyskaniu tej informacji próbowałem się z nim skontaktować telefonicznie, ale jego telefon był wyłączony. Obawiam się, że w najbliższym czasie pan VK nie będzie w stanie polecieć do Chin."


Po czym nastąpiła zgroza i niedowierzanie, i dzika czarna furcząca doopa, którą dodatkowo ubarwiły trudności z odzyskiwaniem kasy za bilety od indyjskich biletosprzedawców. Hłe hłe.

PS. Nie martwcie się dzieci, pan VK żyje i ma się dobrze! Przy ustalaniu trenera na kolejną sesję treningową dla tego samego klienta, pan Bunnny zaproponował kandydaturę pana VK.

15:14, olde.vixen
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 lipca 2015

Z artykułu na temat programu donacji zwłok na Śląskim Uniwersytecie Medycznym:

"Za granicą przekazywanie ciał do badań naukowych odbywa się zazwyczaj na stopie komercyjnej. Choć do Polski trafiają także organy z innych państw, dr Bajor twierdzi, że nie jest to niezbędne, gdyż mamy własne, bogate zasoby."

19:39, olde.vixen
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 lipca 2015

Ciąg dalszy nastąpił, ku mojej największej uciesze i ku słodkiej puencie.

Opisany w poprzednim wpisie osobnik, około półtorej godziny po wyjaśnieniu mi, jak znacznie jego produkt różni sie od konkurencyjnych, i jak bardzo komunikacja ze mną jest stratą cennego czasu, wystosował kolejną wiadomość (którą swoją drogą wysłał około pierwszej w nocy) .

ROZUMIEM ZE NIE BRAC BATERII OD IMPORTERA ?

Rano w robocie przeczytałam i pomyslałam sobie, że nie zaszkodziłoby poddac cierpliwość delikwenta próbie i odpisać mu dopiero w godzinach wolnych od pracy. Tym bardziej, że juz dzień wcześniej wyklarowałam, że rezygnuję z zakupu.

Ale biorąc pod uwagę, że temu dzielnemu przedsiębiorcy tak bardzo zależy żeby uszczesliwić Rychlicze pożądanym przez nią produktem, odpisałam natychmiast:

"Nie, dziękuję, proszę nie brać."

 

20 minut później:

CO ZA DZIECINADA Z PIASKOWNICY ? WOGOLE TO PANI WIEDZIAŁA CO PANI CHCIAŁA ?

POSZUKAŁEM WSZYSTKO CO NA TEMAT , CZAS TRACE-10 E-MAILII , A TU NIE DZIEKUJE !!!!!!

PAJACOWANIE – NIE LUBIE TEGO .

 

Na tym skończyła się przygoda z kupowaniem baterii. Swoją drogą, facet ma 5000 pozytywnych komentarzy na Allegro i żadnego negatywnego.

18:37, olde.vixen
Link Komentarze (1) »

Rychlicze wybiera się na przedłużony weekend do miasta na Wu. W związku z tym postanowiło skorzystać z okazji, żeby zaopatrzyć się mniejszym - bo ojczyźnianym - kosztem w baterię do laptoka.

Znalazło na Allegru osobnika zlokalizonego w cetrum Wrocławia, z odbiorem osobistym możliwym tamże, z przyzwoitą ceną, i zachęcającego do kontaktu w przypadku zainteresowania baterią niewystawioną na żadnej akcji.

Rychlicze napisało niegramotnego maila zapytującego o pożądaną baterię. Zdradziło, jaką chce pojemność. Podpisało się imieniem żeńskim.

Pan od Baterii wysłał w odpowiedzi linka do odpowiedniej aukcji i dostępne pojemności. Dzień później objawił swą niecierpliwość: KTÓRA Z TYCH 3 WIELKOSCI PAN WYBIERZE ?

Kolejny dzień później Rychlicze decyduje sie odpisać. Powtarza, której pojemności pragnie. Pyta o możliwość odbioru osobistego i czy musi zawracać sobie kuper Allegrem. Podpisuje się imieniem żeńskim.

PoB, godzine później: PROSZĘ O PILNY NUMER TELEFONU DO PANA , JA ZADZONIE NA  MOJ KOSZT .

Niedoczekanie twoje. Zirytowane Rychlicze ignoruje "pana" oraz "pilny numer", kulturalnie wyraża niechęć do kontaktu telefonicznego i wątpliwości co do jego potrzeby. Domaga się mailowego potwierdzenia, czy rzeczona bateria będzie do odbioru w rzeczony dzień, czy też Rychlę powinno przepełznąć przez Allegrowe tryby. Podpisuje się żeńskim imieniem.

PoB, natychmiast: NO TO NIE MAM WYJSCIA MUSZE PISAC DO PANA ,

ODBIÓR BATERII JAK NA DOLE NA UKCJI I W REGULAMINIE „TYLKO PO UMÓWIENIU TELEFONICZNYM ”

=>>> ADRES OBIORU UL. WCALE-NIE-W-CENTRUM 11  ( TO 100M PRZY DWORCU ZADUPIE)

KTÓRY MODEL MAM PRZYGOTOWAC – ROZUMIEM TEN CO MA 49WH (BO POZOSTAŁE SA GRUBSZE I WYSTAJA Z LAPTOPA)

WYSTARCZY MI NAPISAC ZE PAN ZAMAWIA KONKRETNIE  :  NA DZIEŃ-DATA-GODZINA

NIE TRZEBA KUPOWAC PRZEZ ALLEGRO .

PROSZĘ PODAC PRZY ZAMOWIENIU E-MAILOWYM PANA KOMORKE .

 

PoB, dwie godziny później:  NIE DOSTAŁEM ODPOWIEDZI  , JEŻELI CHCE PANI ZAMÓWIC PRZEZ ALLEGRO

TO PROSZĘ , ALE WYSTARCZY E-MAILEM I BĘDZIE DO ODBIORU NA PONIEDZIAŁEK .



O ty taki owaki, odpowiedzi ode mnie nie dostałeś w ciągu dwóch godzin? Wyczuwam oczekiwania dotyczące sposobu w jaki spędzam wieczory? No i "NO TO NIE MAM WYJSCIA MUSZE PISAC DO PANA ".

Biedny, nie ma wyjścia, musi pisać (zamiast leczyć moją niechęć do prywatnych rozmów telefonicznych).

Ale to przecież tylko ja sobie wyobrażam, że ten Bogu ducha winny człowiek przemawia sfochowanym tonem, a to pewnie jowialny pan, który pół żartem ten tekst rzuca, ahaha, no patrz, no to nie mam wyjścia, ehehe.

Ale program rozrywek mam dość napięty a na  UL. WCALE-NIE-W-CENTRUM 11 mi nie po drodze. Pies kichał tę baterię. Toteż zbieram pokłady mojej dobrej woli i piszę:

"Dziękuję za odpowiedź.

Jedyny adres odbioru jaki widziałam na stronie aukcji to [CENTRUM] i na to się nastawiałam.
Niestety nie będę miała czasu wybrać się na [UL. WCALE-NIE-W-CENTRUM 11]. Także obawiam sie, że muszę zrezygnować z zakupu.

Dziękuję i pozdrawiam,

[Imię żeńskie]"

 

Na co Pan od Baterii zapewnił sobie dedykowany wpis na rychliczu:

"OK.

MÓJ PRODUKT JAKO JEDYNY W POLSCE MA OGNIWA SrANYO

ZAWSZE MOŻE PANI KUPIC SZAJS CO NIE BĘDZIE DZIAŁ U KONKURENCJI .

A DLACZEGO NIE BĘDZIE DZIAŁAŁ – BO WSZYSKIE BATERIE MAJA ZDEKODOWANE CHIPY

A CZĘSTO KONKURENCJA SPRZEDAJE NIE DZIAŁJACE OD FABRYKI .

MIAŁEM PANI POBRAC SWIERZUTKĄ OD IMPORTERA NA PONIEDZIAŁEK

ALE IWDZE ZE CAŁY TEN MÓJ ZAHCÓD I PIOSANIE TO STRATA CZASU ."

 

Wszyskie, swierzutkie, pilny numer telefonu. Konkurencja zła. Rychlicze złe.

Ja poczucia zmarnowanego czasu jednak nie mam, zamiast tego mam poczucie weny niczym w aptece ;)

00:57, olde.vixen
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lutego 2015

Wzruszył mnie dogłębnie sieroco-czytelniczy stęskniony komentarz.

Zamarł coś strumień sfrustrowanych historyjek. Dlaczego?

Nadal jest klientela przeróżnego sortu i najbardziej w pamięć zapadają osobniki cechujące się największym otępieniem.

No chociażby, kiedy poinstruujesz takiego na piśmie, że Jejmość Agencja Rządowa życzy sobie dwa oryginalnie podpisane egzemplarze czegóś, to nie spodziewasz się, że pocztą przyjdzie oryginał + ksero (tyle dobrze, że kolorowe)

Albo pouczasz, że pliki muszą przekoniecznie być dostarczone w formacie Windows cośtam 97-2003. Bach iks-pe! A co!

Albo, gdy około dwóch razy wspomnisz w mailach, że rzeczone dokumenty proszę wysłać na adres taki a taki, to nie sposób dojść, jakie motywy kierowały klientem, który rozesłał papieprzyska pod adresy, które na nich widniały.

 

Nadal są organy rządowe, chociaż muszę przyznać, że dużo mniej upierdliwe, niż siły ĘeFZetu.

Bo nagle kolorowe ksero przechodzi jednak niezauważone, podobnie też fakt, że dokument był podpisany przez może niekoniecznie odpowiednią osobę. Albo jakiegoś innego papióru zabrakło.
Klajent źle przysłał? Nieważne, składamy, może nie zauważą. No i nie zauważają.

 

Nadal są przepisy, ale o dziwo agencyje całkiem skłonne są do współpracy i przymykania oka. Nie mówię tu o kwestiach zasadniczych typu bezpieczeństwo terapii, och nie nie broń boże, ale już dogadać się na miesięczne wydłużenie terminu pięciodniowego dosyć łatwo jest-się.
I inne takie.

 

Żeby nie było tak wesoło, wspomnę, że mało kto na moim stanowisku wie, co robi - ze względu na wielorakość problemów, z jakimi się stykamy. Nie ma nic równie wartościowego, jak dogrzebanie się do osoby, która zajmowała się podobną sprawa i jeszcze pamięta, o co chodziło. Tymczasem coraz bieglej czytam oficjalne pisma po bułgarsku i coraz sprawniej znajduję sposoby na bukowanie biletów na indyjskie pociągi.

 

Zmieniła mi się metoda przetwarzania frustracji i zamiast spieniać się regularnie na bzdurzach, śnię niekończące się koszmary, że papiery zamiast do Francji pojechały do jakiejś panny (co zapewne zawdzięczam ciągowi skojarzeń France-fiancee-panna) czy innej Malty.

Budzę się o godzinie, kiedy szara zasłona w oknie nabiera barwy jadowito-czerwonej, i z ulgą uświadamiam sobie, że moje rojenia jak zwykle okazały się gorsze niż rzeczywistość.

Trochę zaskoczył mnie poziom stresu, który wyklarował się po pierwszych tygodniach roboty. Powoli zachodzi jednak proces adaptacji. Już nauczyłam się, że dzień bez złapania się za głowę i żałosnego jęknięcia można uważać za pysznie udany.
Tymczasem jednak, nie ważne jak bardzo coś spsujesz - można być pewnym, że klient spsuje to po dziesięciokroć bardziej. Hurra!

19:55, olde.vixen
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25